niedziela, 10 lipca 2011

1. LARP z Guyem.

10 lipca 2011 - niedziela nad ranem.

śniło mi się, że chodziłam po Sądach i oglądałam najnowszy budynek. razem z babcią liczyłyśmy piętra, ale ciągle nasze wyniki się nie zgadzały. mimo, iż był to wieżowiec, nie bałam się, że się na mnie przewróci, jak to zwykle dzieie się w mych snach dotyczących bardzo wysokich budynków.
zostawiłam babcię, która nadal liczyła piętra z innymi ludźmi i poszłam przed siebie. byłam dziennikarką, miałam przeprowadzić wywiad z Bardzo Znanym Sportowcem (BZS). mieszkał on w lesie łudząco podobnym do parku AWF, przez środek tego lasu przebiegała szeroka, trzypasmowa w każdą stronę droga. ten las wielokrotnie pojawia się w mych snach. domek BZSa był zbudowany z ciemnobrązowych bali. do środka wpuściła mnie babcia BZSa i pokazała każdy zakamarek, nawet łazienkę. czekałam w salonie, który był urządzony w stylu późnego Gierka, na koronkowych serwetach spoczywały trofea. sportowiec się trochę spóźnił, mówiąc, iż bawił się z synem. był bardzo podobny do Adama Małysza, ale wyższy i młodszy. po zadaniu kilku pytań zobaczyłam, że nagle zrobiła się noc.
gdy zakończyłam wywiad, przed domem zaczepiła mnie babcia BZSa, że od kilku dni po zmroku po lesie grasują ludzie z mieczami i łukami i czy mogłabym rozwiązać tę zagadkę kim oni są i po co tak latają. powiedziałam jej, że najpewniej to młodzież bawi się w LARPa i wytłumaczyłam na czym to polega. ale mimo to kazała mi zdobyć dowody na prawdziwość przypuszczeń. za rozwiązanie zagadki oferowała mi plik banknotów o nominale pięciu czegoś tam... waluta nie była mi znana, a jako zaliczkę babuleńka dała mi jeden banknot.pobiegłam wgłąb lasu. za wąską drogą była skarpa i szpaler ostrężnic. za nimi pole oświetlone przez księżyc i tam przemykały uzbrojone postaci. pobiegłam drogą w tym samym kierunku, co oni. ze skarby ześlizgnął się dzieciak wprost w me ręce. oddał mi łuk i strzały i błagał, bym nie robiła mu krzywdy. spytałam, czy bierze udział w LARPie. odpowiedział "nooooooo" (w sensie "tak") i uciekł z płaczem.
zabrałam łuk i zaczęłam wracać do babci BZSa okrężną drogą. przy drodze trzypasmowej zatrzymałam się, gdyż gwiazdy cudownie świeciły. obserwacja pochłonęła mnie całkowicie, latałam po pustej jezdni, by znaleźć idealny punkt obserwacyjny. w końcu przypomniałam sobie o misji. wróciłam do tej babci i opowiedziałam jej o wszystkim. zadowolona dała mi pieniądze, a ja postanowiłam wreszcie wrócić do domu, ponieważ dobrze wychowane panienki nie włóczą się same po nocy.
zobaczyłam idącego drogą koło skarpy Guya z Gisbourne (tego - KLIK) i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. zapominając o całym świecie poszłam za nim. doszłam do magicznej studni, gdzie piękna i młoda czarownica odprawiała magiczne rytuały dla grupki kobiet i mężczyzn w młodym wieku. Guy spojrzał na mnie z uśmiechem i napił się wody z kubka, który podała mu czarownica. przekazał go osobie stojącej obok. zobaczyłam, że jego ciało zaczyna obłazić szara maź, która wchodzi mu do ust i go dusi. z innymi działo się to samo. na początku byłam przerażona, ale zrozumiałam, że tak ma być. gdy przyszła kolej na mnie, zawahałam się, ale czarownica rzekła "nie znamy cię, ale chodź z nami". będąc pod jej urokiem napiłam się wody i oddałam jej kubek. patrzyłam na ręce, które stają się szare, czułam jak zaczyna brakować mi tchu. nastąpiła ciemność.
gdy odzyskałam przytomność, byłam przy studni, ale okolica była inna. studnia stała przy dukcie, do którego pod kątem prostym dochodziła inna droga. dookoła był jesienny las. czarownica nakazała nam się rozebrać i zostawić ubrania w skrytce, gdyż nie pasują do czasów. sama rozebrała się do naga. pozostali jakoś się wstydzili, a zwłaszcza panowie, którzy zostali w "seksownych" kalesonach. jedynie Guy miał strój adekwatny do epoki. wydał mi się jeszcze przystojniejszy niż przed omdleniem. ja wstydziłam się rozebrać, bo zapomniałam ogolić nogi (xd), ale w kieszeni znalazłam kilka paczek gazy, z której zrobiłam spódniczkę i koszulkę.
wyszliśmy z lasu. w oddali po lewej był zamek. szliśmy do niego drogą przez pole, był zachód słońca. przy rozwidleniu rósł kasztanowiec, który miał nisko gałęzie i kwitł (a, przypominam, była jesień). zapragnęłam małej gałązki z kwiatuszkami i starałam się sięgnąć. Guy się wrócił i zerwał dla mnie gałązkę, a gdy chwycił mnie za rękę, obudziłam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz